Autorskie

KILKA SŁÓW O PROKRASTYNACJI

Wydaje mi się, że obecna sytuacja, kwarantanna, przyczyniła się do powstania tak wielu poważnych problemów, że w obliczu nowych priorytetów ludzie całkiem zepchnęli wszystkie poprzednie na drugi plan. Trudno się dziwić, jeśli weźmie się pod uwagę, że wiele
z nich to typowe „problemy pierwszego świata”. Kiedy traci się możliwość pracy czy spotkań w rodzinnym gronie, to nagle okazuje się, że powolny internet i chrupanie chipsów zagłuszające ulubiony serial nie są najgorszą rzeczą, jaka może się przytrafić człowiekowi. Ludzie, którzy nie muszą lub nie mogą wychodzić z domu stopniowo zaczynają ulegać „leniwej rutynie”. Taka wizja rzeczywistości może brzmieć nieco apokaliptycznie, ale są osoby, którym wbrew powszechnej narratywie taki porządek rzeczy nie przeszkadza. Są nawet i tacy, którzy
w pewien sposób są z niego zadowoleni.

Pierwszą grupą na pewno można nazwać introwertyków. Jako introwertyczna osoba sama jestem to w stanie zrozumieć. Czasem po prostu nie chcę gdzieś iść, ale trudno jest rozczarować znajomych odmawiając im wspólnego wypadu na pizzę czy do kina. Fakt faktem, teraz nie mogę z nimi wyjść nawet, gdybym chciała, ale przynajmniej nie muszę się przed nimi tłumaczyć.

Drugą grupą są lenie oraz prokrastynatorzy. Ludzie, którym mniejsza ilość codziennych obowiązków i więcej czasu zwyczajnie odpowiadają. Jak wiadomo, świat nie jest czarno biały,
i chyba każdy czasem lubi się polenić, może oprócz pracoholików. Jednak pomiędzy lenistwem a prokrastynacją istnieje zasadnicza różnica i tutaj również mogę posłużyć się przykładem
z pierwszej ręki. Chociaż lepiej będzie, jeśli wpierw wspomnę TED Talk Vancouver prowadzony przez Tima Urbana.

W swoim wywodzie Tim wysnuł uproszczoną teorię tego, w jaki sposób działa mózg prokrastynatora. W skrócie jego wypowiedź sprowadza się do następujących wniosków: mózgiem powinien sterować racjonalny kapitan podejmujący dobre decyzje. Przeszkadza mu w tym jednak małpka natychmiastowej satysfakcji, która chwyta za ster i przekierowuje nasze działania w kierunku wszystkiego, czym w tym momencie nie powinniśmy się zajmować.
Przez to robimy rzeczy, które nasz mózg traktuje jako nagrodę, mimo, że nie zrobiliśmy nic,
by na nią zasłużyć w pierwszej kolejności. Później, gdy o 23.00 nagle okazuje się, że na jutro trzeba było napisać wypracowanie, przygotować prezentację i przeczytać lekturę – pojawia się paniczny potwór. Jedyne, czego małpka się boi. To właśnie on jest w stanie zmotywować
(a właściwie zastraszyć) prokrastynatora, żeby ten w końcu zabrał się do pracy.
To zadziwiające, że taka osoba może zwlekać przez dwa tygodnie, a potem z wszystkim się wyrobić w zaledwie kilka godzin (choćby i kosztem snu).

Ze względu na to, że bycie prokrastynatorem jest mi mniej obce, niż chciałabym się przyznać, muszę dobitnie zaznaczyć, że nie jest ono równoznaczne z byciem leniem. Jedno to odciąganie spraw ważnych na rzecz tych nieistotnych, ale za to (najczęściej) łatwych
i przyjemnych. (Tego właśnie chce ta metaforyczna małpka w głowie każdego „zwlekacza”.) Drugie wiąże się z brakiem chęci i energii do robienia czegokolwiek. Taka osoba chętniej nie robiłaby po prostu niczego. Prokrastynator natomiast (z pełną świadomością tego, że jest to prawdopodobnie bardzo głupi pomysł) porzuci swoje ważne i pożyteczne zajęcia na rzecz czytania „Listy naprawdę, naprawdę, bardzo głupich pomysłów na artykuły, których naprawdę, naprawdę, naprawdę nie powinieneś tworzyć” na Wikipedii, albo porządkowania gumek recepturek znalezionych u siebie w domu według koloru i rozmiaru.

W pewnym sensie bycie prokrastynatorem nie jest złe. Mam wrażenie, że dzięki temu mam więcej czasu na rzeczy, które chcę i lubię robić. (Szkoda tylko, że tym kosztem mam mniej czasu na rzeczy, które powinnam robić.) Jednak tak długo, jak jestem w stanie żąglować obowiązkami i przyjemnościami i niczego nie upuścić, da się z tym żyć. Niestety jednak, nie każdemu to wychodzi.

    Prokrastynację można podzielić na dwie kategorie. Nazwijmy je ograniczoną
i nieograniczoną. Pierwsza na ogół nie jest zbyt szkodliwa. Kiedy ma się deadline narzucony
z góry, można wywiązać sie ze swoich obowiazków, nawet jeśli kosztem będzie kilka godzin snu. Jednak brak wyraźnej granicy grozi zaprzepaszczeniem szansy. Na co? To zależy. Jeśli taki przykładowy prokrastynator jest artystą i nie potrafi sam sobie narzucić normy, jest niekonsekwentny – jego kariera się nie rozwinie. Może mieć też innowacyjny pomysł na biznes lub nowy wynalazek. Jeśli jednak za długo będzie zwlekał, prędzej czy później ktoś go wyprzedzi. Nasuwa się tu pytanie: czy lepiej jest więc przeżyć całe życie pod butem kogoś, kto wymaga dotrzymywania terminów, zamiast rozwijać się i iść we własną stronę? Odpowiem szczerze – nie wiem. To bardzo indywidualna kwestia, nie ważne czy należy się do prokrastynatorów, leni, czy pracusiów.

    Myślę, że powinnam odbić od pseudofilozoficznego toru, na który zeszłam z tymi dywagacjami. Powinnam zakończyć moje przemyślenia na optymistyczną nutę. Tak więc: czasem ciężko jest być prokrastynatorem. To nie znaczy, że mamy dać się pokonać i poświęcić resztę życia oglądaniu wywiadów z matką Justina Biebera, obiecując sobie, że „to ostatnia rzecz i zaraz spowrotem weźmiemy się do pracy”. Walczmy z tymi nawykami jak z każdym innym – narzucając sobie własne terminy i kierując się dyscypliną. Możemy wszyscy zacząć nawet od zaraz! 

Albo może od jutra…

Karolina Jendrzejska